Mój Drogi Gościu, jeśli jesteś pierwszy raz na tym blogu , proszę, zapoznaj się z moją instrukcją
🛠️ Instrukcja obsługi „Oka na obraz”
Zdejmij krawat i powagę – tutaj arcydzieła nie gryzą, one puszczają oko. 😉
Zapomnij o datach – nieważne, kiedy malarz żył, ważne, czy jego model ma dziś minę jak Ty przed poranną kawą. ☕
Eklerki mile widziane – okruchy na klawiaturze to jedyne dopuszczalne ślady zwiedzania. 🍰
Patrz sercem, nie podręcznikiem – jeśli w wielkiej sztuce widzisz instrukcję profesjonalnego lenistwa... to znaczy, że czytasz idealnie! ✨
~~~~~~~~~~~~~
Ramon Casas namalował ten obraz w 1899 roku, ale przysięgam, że to moje zdjęcie z dzisiejszego wtorku.
Stało się.
Po raz pierwszy w historii moich ambitnych planów samorozwojowych, literatura wygrała przez nokaut w drugiej rundzie.
Plan był prosty, wręcz posągowo piękny: miałam spędzić popołudnie jako intelektualna ikona stylu. Czarna suknia (bo przecież egzystencjalny ból najlepiej prezentuje się w matowym wykończeniu), zielona aksamitna kanapa (dla kontrastu z moją bladą, udręczoną myślami cerą) i TA książka. Dzieło tak głębokie, że sam spis treści wywołuje lekkie zawroty głowy i potrzebę zamówienia trzeciej kawy.
Zaczęło się obiecująco. Przeczytałam pierwsze zdanie. Było długie, wielokrotnie złożone i zawierało słowo „immanentny”. Poczucie wyższości nad światem wzrosło o 40%.
Przy drugim zdaniu poczułam, że grawitacja na mojej kanapie jest znacznie silniejsza niż w pozostałych częściach mieszkania.
Przy trzecim – moja głowa, dotąd pełna światłych myśli, uznała, że poduszka ma jednak więcej do zaoferowania niż autor nominowany do trzech nagród literackich. Moja ambicja mówiła „czytaj”, a kanapa szeptała „spij”...
I oto jestem.
Monumentalna porażka w pełnym kolorze.
Leżę w pozie „rozgotowane spaghetti”, a moja godność osobista właśnie cicho opuszcza pokój, zamykając za sobą drzwi.
Książka, ten żółty potwór, wciąż spoczywa w mojej dłoni, ale służy już tylko jako przeciwwaga, bym nie ześlizgnęła się całkowicie na dywan.
Czy jestem zmęczona?
Nie.
Jestem zdekadentowana.
To brzmi znacznie lepiej niż „ucięłam sobie drzemkę po dziesięciu minutach czytania, bo język autora był "suchy jak zeszłoroczna bułka”.
Jeśli ktoś zapyta, powiedz, że kontempluję pustkę wszechświata. Tylko nie rób głośnych zdjęć – w tej pozycji każde drgnięcie grozi ostatecznym spotkaniem z podłogą.
~~~~~~~~~~~~~
⚓️ Moja blogowa flotylla – wybierz swój pokład:🧼
Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z grawitacją kanapy (oraz eklerki!)
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania, modlitwa i rozmowy z Archaniołami.
🎨 Oko na obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, filozofia i niekonwencjonalne spojrzenie na płótno.
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „samotny biały żagiel”, czyli rymowana kraina dla dzieci i tych, którzy z bajek nigdy nie wyrośli.





To brzmi absolutnie znajomo 😄 Te momenty, kiedy ambitny plan „intelektualnego popołudnia” kończy się kanapą w roli głównej, są chyba wpisane w życie każdego, kto kiedykolwiek próbował udawać, że literacka głębia pokona jego własną grawitację.
OdpowiedzUsuńI powiem szczerze, że ta pozycja „rozgotowane spaghetti” to totalny obraz mojego życia w poniedziałkowe popołudnia – książka w ręku, ambicje gdzieś w tle, a kanapa wygrywa walkę o uwagę. 😅
Cieszę się, że nie jestem osamotniona w tej nierównej walce z przyciąganiem ziemskim kanapy! ?
UsuńWygląda na to, że grawitacja poniedziałkowego popołudnia to zjawisko fizyczne, którego nie przewidzieli nawet najwięksi teolodzy. Stan 'rozgotowanego spaghetti' ma w sobie jednak pewną metafizyczną głębię – w końcu w takim bezruchu najłatwiej o... kontemplację (nawet jeśli kończy się ona drzemką nad trzecią stroną wstępu).
Jeśli książka wyląduje na Twojej twarzy – nie panikuj. To po prostu „osmoza wiedzy”. Wiedza przenika przez okładkę bezpośrednio do snów.
Dziękuję za ten komentarz – miło wiedzieć, że literackie ambicje i kanapa tworzą tak powszechny, choć skomplikowany związek! Pozdrawiam serdecznie wszystkich "rozgotowanych"