Translate

niedziela, 20 września 2026

BLOGOWANIE TO PIĘKNA PRZYGODA

 Poprosiłam SI, aby przedstawiła w ilustracji mój komunikat

Nieważne, że nie jestem podobna do siebie.

To najmniej istotne.

Ale poczytajcie sobie, bo długo niczego nowego nie napiszę ... na blogach.

Powieści, to inna bajka.

Nie znikam... tylko zwalniam tempo,


Teresa


PS. 

Gdzie moja maltanka Toffi?

Wyje pod stołem, że teraz moimi pupilami są papużki, a jej ukróciłam  brylowanie na blogach.

 




sobota, 19 września 2026

FAJKA EINSTEINA - REAKTYWACJA



(Woman with cigarette by Nicolai Fechin)


Gdyby to był obraz ruchomy, to być może pokusiłabym się o pewną diagnozę. Czy shizofrenia, depresja, alzheimer czy parkinsonizm dręczy "modelkę" z tego obrazu. Niestety, ręka jej nawet nie drgnie. Nie wiem, czy trafia tym papierosem prosto do ust bez zbędnego drżenia rąk. Widywałam już palaczy, którzy krążyli wokół ust z papierosem utkwionym między wyprostowanymi palcami, nie mogąc trafić do upragnionego celu, ale może oprócz nałogu palenia tytoniu, mieli dodatkowo jeszcze inny.
Mam tu na podorędziu pewien emotikon, w którym jestem "modelką" z papierosem, ale w realu papierosów nie paliłam, nawet w młodości. Chociaż przyznam się, próbowałam, jak on "smakuje". Na szczęście... nie smakował.



A tu, ni stąd, ni zowąd, co ja wypisuję... z Fokus.pl... dowiaduję się, że taki papieros to nawet od drżenia rąk wyleczyć może. Stąd moja podejrzliwość o chorobę modelki.


Widząc Einsteina z fajką, nie chcę udawadniać, że nie wymyśliłby teorii względności, gdyby palaczem tytoniu nie był.







Albert Einstein był namiętnym palaczem (zresztą podobnie jak Carl Gauss i Niels Bohr). W młodości palił przeważnie cygara, zresztą liche. Potem zaczął palić fajkę i bardzo się do niej przywiązał. Podobno nie wypuścił jej z rąk nawet wtedy, gdy pewnego razu wpadł do wody po wywróceniu się jego żaglówki. Wśród licznych, także dziwacznych wyróżnień i honorów Einsteina znalazło się dożywotnie członkostwo Klubu Palaczy fajek w Montrealu. Przyjmując to wyróżnienie, Einstein miał powiedzieć: Palenie fajki zapewnia spokojny i obiektywny osąd spraw ludzkich. Nadużywanie tytoniu odbiło się w końcu na zdrowiu uczonego, któremu lekarze zalecili bardzo ograniczyć palenie. Einstein jednak próbował stale obchodzić te zalecenia. Często więc odbywała się taka oto wymiana słów między nim a jego żoną Elsą:

- Albercie, znów zapalasz fajkę.

- Ależ to dziś moja pierwsza ! - odpowiadał najczęściej Einstein.

- Nie oszukuj, sama widziałam, że to już chyba czwarta !
- Ależ skąd - bronił się Einstein. - No, może nie pierwsza, ale najwyżej druga fajka. Przecież nie powiesz, moja droga, że jesteś ode mnie lepsza w matematyce. (http://www.bg.agh.edu.pl/EINSTEIN/)



by Giovanni Madonini
Animacja: Michele Giammaria



Podobno tytoń usprawnia działanie szarych komórek, pobudzając neurony, ale są zwolennicy , jak i zagorzali przeciwnicy tego twierdzenia. Dokładniej na ten temat pisze Ewa Nieckuła w Focusie tutaj
Warto przeczytać cały artykuł, czyli 3 strony :)

A teraz trochę humoru :)

Czy ufoludki, jako wyższa inteligencja, też ćmią papierochy ???



tutaj z fb można zobaczyć "migającą" galerię fotosów Alberta Einsteina.

piątek, 18 września 2026

KROKODYLE ŁZY MECENASA I ANIELSKI SPOKÓJ DAMY

Honore Daumier - "Adwokat"

Czy zdarzyło się Wam kiedyś oglądać spektakl, w którym aktor na scenie dawał z siebie absolutnie wszystko – płakał, krzyczał, rwał szaty – a Wy patrzyliście na to z boku z lekkim, ironicznym uśmieszkiem, doskonale wiedząc, że to tylko świetnie wyreżyserowana szopka? Jeśli tak, to wybitny francuski karykaturzysta Honoré Daumier utrwalił ten moment specjalnie dla nas! Spójrzcie na jego genialną grafikę, przedstawiającą dramatyczną scenę na dziewiętnastowiecznej sali sądowej.

Głównym bohaterem tego przedstawienia jest bez wątpienia pan adwokat w długiej, czarnej todze. Spójrzcie na tę ekspresję! Mecenas niemal wyskakuje ze swojej drewnianej ławki obrońców. Jego twarz jest wykrzywiona w grymasie głębokiej rozpaczy, oczy ma szeroko otwarte z przerażenia, a w dłoni kurczowo ściska białą chusteczkę, którą przed chwilą widowiskowo ocierał rzekome łzy. Szerokim gestem ramienia wskazuje na swoją klientkę, jakby krzyczał do sędziów: „Wysoki Sądzie! Spójrzcie na tę niewinną, udręczoną istotę! Serce mi pęka na pół!”. W tle siedzi rządek zaspanych, szarych widzów, którzy z nudów oglądają ten codzienny, prawniczy teatr.

A obok adwokata siedzi ona – oskarżona, elegancka, rudowłosa dama w pięknej, jasnej sukni. I w tym momencie cała powaga sądu pęka niczym bańka mydlana! Podczas gdy jej obrońca odgrywa dramat godny Szekspira i wylewa krokodyle łzy, kobieta siedzi z rękami spokojnie złożonymi na podołku. Na jej twarzy maluje się absolutny, nabożny wręcz spokój, okraszony niesamowicie sarkastycznym, ironicznym uśmieszkiem. Ona nie płacze, nie drży ze strachu przed wyrokiem. 

Mało tego – ta mina mówi jasno: 

Mój mecenas jest genialny, świetnie gra swoją rolę, a ja i tak jestem w stu procentach pewna uniewinnienia!”.

Daumier w mistrzowski sposób uczy nas dystansu do wszelkich życiowych „teatrzyków” i dramatów, które inni próbują wokół nas sztucznie rozdmuchać. Czasami, gdy ktoś w naszym otoczeniu zaczyna widowiskowo lamentować, rwać włosy z głowy i stroić miny pełne zadęcia – czy to z powodu „fikającego” komputera, czy małych codziennych potknięć – najlepsze, co możemy zrobić, to wziąć przykład z tej rudej damy. Usiądźmy wygodnie, uśmiechnijmy się sarkastycznie pod nosem i pamiętajmy: większość tych wielkich burz to tylko przedstawienie urządzane pod publiczkę. Czysty spokój i filiżanka dobrej kawy ( lub melisy) - to nasz najlepszy wyrok uniewinniający!

czwartek, 17 września 2026

ŚPIĄCA CZYTELNICZKA

 

"Śpiąca Czytelniczka"(1882) - Marie Petiet"


(z lekkim niepokojem autorki)
Patrzę na tę młodą kobietę w białym czepku i prostym szarym ubraniu.
Siedzi na drewnianym krześle, ręce skrzyżowane, głowa lekko przechylona, oczy zamknięte. Książka spoczywa otwarta na kolanach, jakby przed chwilą jeszcze czytała… a potem sen wygrał.
Wygląda tak spokojnie.
Prawie uroczo.
I właśnie wtedy, kiedy w tym miesiącu moje dwie powieści zaczęły żyć własnym życiem, przychodzi mi do głowy zdradliwe pytanie:
Czy ktoś już nad nimi tak spokojnie zasnął?
Bo z jednej strony – to komplement.
Znaczy, że tekst kogoś otulił, uspokoił, pozwolił na chwilę odłożyć świat. Że książka stała się bezpiecznym miejscem.
Z drugiej strony… no cóż.
Każdy autor w głębi duszy wolałby, żeby czytelnik przewracał strony z rosnącym napięciem, a nie że powoli zamykały mu się powieki.A jednak lubię ten obraz.
Bo jest w nim coś bardzo prawdziwego. Literatura nie zawsze musi być burzą emocji. Czasem może być po prostu ciepłym kątem, w którym wolno się zmęczyć i zasnąć.

Więc jeśli whhh… ktoś z Was już zdążył zdrzemnąć się nad którąś z moich książek -
to w porządku.
Naprawdę.
Tylko proszę, nie chwalcie się tym zbyt głośno.
Autorzy mają delikatne ego.

środa, 16 września 2026

ROZMOWA W OGRODZIE LUKSEMBURSKIM



Vittorio Matteo Corcos, 1892
"Jesień w Ogrodzie Luksemburskim"


Liście już opadły, krzesła stoją puste, powietrze ma ten szczególny, lekko melancholijny kolor.

Na pierwszym planie dwie eleganckie panie w czerni. Jedna siedzi prosto, z rękawiczkami w dłoniach, i patrzy gdzieś przed siebie – uważnie, ale trochę nieobecnie. Druga pochyla się ku niej bardzo blisko, prawie szeptem. Coś jej mówi. Coś ważnego. Albo przynajmniej takiego, co w tej chwili wydaje się ważne.

A na dole, przy samej ziemi, mała dziewczynka w wielkim białym kapeluszu.
Całkiem pochłonięta swoją zabawą. Kopie piasek, nie zwraca uwagi na dorosłe rozmowy, na sekrety, na westchnienia. Jej świat kończy się na małej łopatce i wiaderku.

I właśnie ten kontrast najbardziej mnie porusza.

Dwie kobiety wyglądają, jakby dźwigały na sobie jakąś niewypowiedzianą historię. Może plotkę, może zmartwienie, może decyzję, której jeszcze nie podjęły. Czerń ich sukien i kapeluszy sprawia, że cała scena ma w sobie coś poważnego, prawie uroczystego.

A dziecko… po prostu jest.
Jeszcze nie musi niczego rozumieć. Jeszcze nie musi wybierać słów. Jeszcze nie musi schylać głowy, żeby usłyszeć szept.

Corcos uchwycił tu coś bardzo prawdziwego:
jak blisko siebie mogą istnieć dwa zupełnie różne światy.
Jeden pełen niedopowiedzeń i ciężaru.
Drugi – lekki, skupiony tylko na chwili obecnej.

Patrzę na tę scenę i myślę, że każdy z nas czasem potrzebuje takiego białego kapelusza.
Takiej chwili, w której wolno nam nie słyszeć dorosłych rozmów
i po prostu bawić się własnym piaskiem.

niedziela, 13 września 2026

NIEDZIELNE ZMAGANIA Z PORTFELEM




Spójrzcie na tego dżentelmena ze starej karykatury Honoré Daumiera z 1836 roku. 

Czy jego mina nie wydaje się Wam dziwnie znajoma?

Wybierzmy się na moment w podróż w czasie do dziewiętnastowiecznego Paryża, by podpatrzyć tę klasyczną, restauracyjną scenkę, zatytułowaną „Rachunek do zapłacenia” (La carte à payer).

Nasz bohater spędził właśnie cudowny, niedzielny czas. Zjadł wyśmienity posiłek, o czym świadczy leżąca na stole skórka chleba, z apetytem dopił butelkę dobrego wina, a kelner z uśmiechem przyniósł mu na koniec elegancką karafkę z wodą. Wszystko było idealnie, dopóki na stole nie wylądował ten mały, biały papierek... rachunek za kolację.

I w tym momencie cała restauracyjna idylla prysła! Spójrzcie na ten niesamowity grymas twarzy – te wielkie, przerażone oczy, zmarszczone czoło i usta wykrzywione w komiczny podkówkę. Pan nerwowo wsuwa jedną dłoń do kieszeni płaszcza, rozpaczliwie szukając jakichś zapomnianych banknotów, a na drugiej dłoni rozkłada to, co udało mu się wyskrobać z dna portfela. Kilka drobnych monet błyszczy na stole, ale wewnętrzny monolog bohatera, zapisany przez Daumiera na dole ryciny, mówi wszystko: „Muszę zapłacić rachunek, a mam za mało pieniędzy!”.

Każdemu z nas zdarzył się kiedyś moment takiego nagłego, finansowego lub technicznego zaskoczenia, kiedy to z pełną pewnością siebie wchodzimy w jakąś sytuację, a rzeczywistość nagle mówi nam: „Sprawdzam!”. Daumier w genialny sposób uczy nas dystansu do takich małych, codziennych potknięć. 

Jeśli więc Wasz niedzielny budżet albo poniedziałkowe plany nieco uciekły od ideału - nie martwcie się. Po prostu uśmiechnijcie się do tego paryskiego smakosza. W końcu dobra kolacja i święty spokój są warte każdych pieniędzy!

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 

sobota, 12 września 2026

ODWAGA TWORZENIA I MILCZENIE MARZEŃ


 Vittorio Matteo Corcosa - "Marzenia "( z Eleną Vecschi)


Znam ten obraz od wielu lat. Kiedyś, gdy opisywałam go po raz pierwszy, widziałam w nim to, co większość krytyków sztuki – piękną, młodą kobietę z epoki fin de siècle, zawieszoną między romantycznym marzeniem a melancholią uciekającego popołudnia. Dzisiaj jednak, kiedy patrzę na to płótno Vittorio Matteo Corcosa z 1896 roku przez pryzmat moich własnych, świeżych doświadczeń wydawniczych, widzę w nim zupełnie inną, o wiele potężniejszą historię. Historię o trudach tworzenia, determinacji i zniecierpliwieniu autora, który czeka na ruch ze strony świata.

Spójrzmy na tę kobietę – na Elenę, która patrzy na nas z drewnianej ławki. W jej oczach nie ma już śladu po dziewczęcej naiwności. Jest tam głęboka, dojrzała powaga, a nawet lekki bunt. Jej dłoń kurczowo, z całej siły podpiera podbródek, a ułożenie ciała zdradza zmęczenie wymuszonym oczekiwaniem.

Obok niej, na ławce, leży stos książek. Dla mnie to nie są już przypadkowe tomiki poezji. To są właśnie te nasze ukochane, gotowe manuskrypty – ocalałe serca przelane na papier, które zostały idealnie sformatowane, ubrane w bezpieczne marginesy lustrzane i nienaganne spisy treści. Książki leżą gotowe, zamknięte, czekając na to, by ktoś je wreszcie otworzył i wpuścił w obieg.

Tuż obok spoczywa słomkowy kapelusz z jaskrawą, zieloną wstążką oraz złożony parasol. To rekwizyty gotowości – wszystko jest spakowane, przygotowane do drogi, machina autorska wykonała całą swoją pracę na sto procent. A jednak bohaterka wciąż siedzi na tej ławce. Dlaczego? Bo czeka. Czeka na decyzje, na zatwierdzenie, na weryfikację techniczną tych wielkich, bezdusznych maszyn wydawniczych, które potrafią milczeć całymi dniami i uczyć autora najtrudniejszej cnoty – cierpliwości.

Ten obraz to genialna metafora losu każdego niezależnego twórcy. Przechodzimy przez mordercze noce, walczymy z kaprysami systemów, wkładamy w dzieło całą swoją duszę, a na koniec musimy – tak jak ta zamyślona kobieta w zielonej sukni – usiąść na ławce i po prostu czekać na zielone światło. Ale ten wzrok mówi wszystko: autor się nie podda. Może i czekamy w ciszy, ale z podniesioną głową i całkowitą pewnością, że nasze słowa są warte każdego grosza i lada moment ruszą w wielki świat.

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 

BLOGOWANIE TO PIĘKNA PRZYGODA

 Poprosiłam SI, aby przedstawiła w ilustracji mój komunikat Nieważne, że nie jestem podobna do siebie. To najmniej istotne. Ale poczytajcie ...