Są takie chwile, kiedy człowiek idzie na uroczystość przedszkolną przekonany, że wszystko będzie przewidywalne. Dzieci zaśpiewają. Ktoś się rozpłacze. Ktoś zapomni tekstu. Będą papierowe kwiatki, krzywo wycięte serduszka i laurki pachnące klejem oraz koncentracją.
I nagle okazuje się, że człowiek wraca do domu z filozoficznym wstrząsem.
Dwie mamy siedziały obok siebie podczas przedszkolnego Dnia Matki. Najpierw wymieniły serdeczne uśmiechy. Potem spojrzenia lekkiego zażenowania. A na końcu… laurki swoich dzieci.
Jedna z nich przedstawiała rudowłosą kobietę posiadającą po dwie ręce z każdej strony. Istny ludzki ośmiornicopodobny kombajn wielozadaniowy.
Druga mama patrzyła na swoją podobiznę jeszcze bardziej zdezorientowana. Na obrazku była piękna blondynka z długimi włosami, sukienką, uśmiechem i… kompletnym brakiem rąk.
Nie było ich nigdzie. Ani przy barkach. Ani przy biodrach. Ani nawet symbolicznie.
Włosy niczego nie zasłaniały. Po prostu matka bez rąk.
Obie mamy spojrzały po sobie z miną ludzi, którzy nagle zaczynają podejrzewać, że dzieci widzą świat inaczej niż dorośli. Znacznie inaczej.
— Kochanie… a dlaczego mama nie ma rąk? — spytała ostrożnie blondwłosa.
Synek westchnął cierpliwie. Tak westchnąć potrafią tylko dzieci przekonane, że tłumaczą rzeczy oczywiste.
— Mamusiu, nie masz rąk, to nie będziesz musiała pracować.
Mama spojrzała zaskoczona.
— Ciocia w przedszkolu mówiła, że mamy są często bardzo przepracowane i mają tylko dwie ręce. I że dzieci powinny pomagać, żeby mamy nie miały tyle roboty.
Chłopiec chwilę pomyślał.
— A ja kiedyś słyszałem, jak mówiłaś, że masz „pracy po same łokcie”. Ale ja nie umiem rysować łokci.
Mama próbowała zachować powagę. Bezskutecznie.
— Teraz jest lepiej — kontynuował z dumą mały reformator życia rodzinnego. — Nie masz rąk, więc się nie przepracujesz. Tata będzie pracował.
Po chwili zamilkł.
— Tylko… nie pomyślałem, czym będziesz mnie przytulać.
I wtedy coś miękkiego wydarzyło się w sercach wszystkich siedzących obok.
— A może teraz przyszła kolej, żeby to dziecko przytulało mamę? — powiedziała cicho jedna z nauczycielek.
Chłopiec od razu podchwycił pomysł.
— Tak! Powiem wtedy: „Mamusiu, jestem tutaj. Odpocznij.”
Obok siedziała druga mama i właśnie próbowała zrozumieć własną wieloręką wersję siebie.
— Małgosiu… a dlaczego mama ma tyle rąk?
Dziewczynka spojrzała zdziwiona.
— Ojejku… to ja źle zrobiłam?
Mama szybko zaprzeczyła.
— Nie, skarbie. Po prostu jestem ciekawa.
— Bo słyszałam, jak mówiłaś, że masz strasznie dużo pracy. To ja ci dorysowałam trochę rączek.
I powiedziała to tonem człowieka, który właśnie rozwiązał światowy problem przeciążenia kobiet.
— Każda ręka zrobi swoje i wtedy szybciej skończysz.
Mama zaczęła się śmiać.
— Małgosiu… ale wyobrażasz sobie, ile wtedy byłoby przytulania, gilgotania i głaskania?
Dziewczynka zamyśliła się.
— Oooo… to by było fajne.
I nagle te dziwne laurki przestały być dziwne.
Bo dzieci nie rysują anatomii. One rysują emocje.
Dorosły widzi brak proporcji. Dziecko widzi zmęczenie mamy.
Dorosły widzi nadmiar rąk. Dziecko widzi kobietę próbującą zrobić wszystko naraz.
I kto wie, jak wyglądały interpretacje innych laurek?
Może robot kuchenny humanoidalny był marzeniem o pomocniku, który sam zmywa po obiedzie.
Może rodzina siedząca w restauracji oznaczała największe dziecięce szczęście: „Mama dzisiaj nic nie gotuje.”
A może obrazek przedstawiający tatę przy zlewie pełnym naczyń i mamę podrzucającą dziecko pod sufit był po prostu definicją miłości.
Bo czasem największym luksusem dla matki nie jest spa ani biżuteria. Tylko chwila, kiedy może się śmiać z dzieckiem, a ktoś obok przejmuje choć kawałek codzienności.
Patrząc na te przedszkolne laurki pomyślałam jeszcze o jednym.
Dzieci widzą więcej, niż nam się wydaje. Widzą nasze zmęczenie. Widzą pośpiech. Widzą westchnienia. Ale widzą też miłość.
I próbują po swojemu naprawiać świat. Czasem dodatkową parą rąk. A czasem ich całkowitym brakiem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz