 |
| Bycze oko by Maurice-Quentin de La Tour |
Paryż, rok 1737.
Maurice-Quentin de La Tour siedział przy sztaludze i z powagą godną ministra finansów próbował narysować własny nos. Nie było to łatwe. Nos, który ogląda się codziennie, staje się podejrzanie zwyczajny.
- Odrobinę więcej godności - mruknął do odbicia w lustrze.
Odbicie natychmiast zrobiło minę człowieka, który właśnie połknął cytrynę.
- Nie, nie aż tyle.
W tej samej chwili usłyszał na ulicy znajomy głos.
- Maurice! Maurice! Jesteś tam?
To był stary przyjaciel, monsieur Dufour, człowiek tak uparty, że gdyby postanowił odwiedzić samego króla, prawdopodobnie wszedłby do Wersalu kuchennym wejściem.
Malarz podszedł do okna.
- Ach, to ty...
I wtedy w jego oczach błysnęła iskra.
Zamiast otworzyć drzwi, zbiegł po schodach i przekręcił klucz w zamku.
- Doskonale - powiedział do siebie.
Następnie wrócił na górę i usadowił się przy okrągłym okienku wychodzącym na dziedziniec. Było to tak zwane œil de bœuf - bycze oko.
Dufour zapukał.
Nic.
Zapukał drugi raz.
Jeszcze nic.
Po chwili zaczął walić pięścią.
- Maurice! Wiem, że jesteś w domu!
La Tour obserwował go z góry jak astronom śledzący rzadkie zjawisko niebieskie.
- O, teraz zaczyna się najlepsza część - szepnął.
Przyjaciel obszedł dom.
Potem wrócił.
Potem zajrzał przez okno.
Potem znowu zapukał.
Następnie wygłosił krótką mowę o niewdzięczności artystów.
La Tour śmiał się coraz bardziej.
- Cudowne! Zupełnie cudowne!
W pewnym momencie Dufour zatrzymał się pośrodku dziedzińca i spojrzał prosto na okrągłe okienko.
Przez sekundę ich spojrzenia się spotkały.
Malarz odruchowo wyciągnął palec.
- Tam! Tam jest ten głupiec! - chciał powiedzieć.
Ale ponieważ wskazywał właśnie na Dufoura, gest nabrał nieco innego znaczenia.
Dufour zmrużył oczy.
- Aha...
Po czym zdjął kapelusz i ukłonił się teatralnie.
- Skoro ja jestem widowiskiem, to przynajmniej będę występował godnie!
Przez następne pięć minut spacerował po dziedzińcu z miną tragicznego bohatera opery.
La Tour śmiał się tak mocno, że musiał oprzeć się o parapet.
I właśnie wtedy przyszła mu do głowy pewna myśl.
- Nie ruszaj się! - krzyknął.
- Otworzysz drzwi?
-Nie.
- Więc czego chcesz?
- Żebyś został tam jeszcze chwilę.
- Dlaczego?
- Bo maluję.
Dufour westchnął.
- Wiedziałem.
Kilka tygodni później obraz był gotowy.
Malarz patrzył na swoje dzieło z zadowoleniem. Uśmiech rozbawienia. Palec wyciągnięty w bok. Głowa wysunięta przez bycze oko niczym ciekawski sąsiad.
Przyjaciel obejrzał portret.
- Więc to ja jestem tym, na co pokazujesz?
- Być może.
- A jeśli ktoś zapyta?
- Powiem, że wskazuję drzwi.
- A jeśli nie uwierzy?
- Powiem, że wskazuję świat.
- A jeśli nadal nie uwierzy?
La Tour uśmiechnął się szerzej.
- Wtedy historycy sztuki będą się kłócić przez następne trzysta lat.
I jak zwykle miał rację.
<><><><><><><><><><><><><><><>
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję -najnowszy blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj