![]() |
| art by Gerard Mansoy |
Gdyby Salvador Dalí obudził się w świecie po końcu świata, nie przeraziłby go widok zniszczeń. Przeraziłaby go... cisza.
Trafiłam na ten niesamowity rysunek (autorstwa Gerarda Mansoya) i od razu poczułam, że muszę o tym napisać. Spójrzcie na tę scenę: spękana, wysuszona ziemia, pustka po horyzont i on. Wielki Mistrz Surrealizmu, w nienagannie skrojonym garniturze, z perfekcyjnie podkręconym wąsem, kuca na tym pustkowiu.
I patrzy w niebo.
Problem w tym, że Dalí bez ludzi nie potrafił istnieć. On nie tylko malował surrealizm – on nim żywił swój gigantyczny egocentryzm. Uwielbiał prowokować, kochał błysk fleszy, kamery i tłumy, które mdlały z zachwytu (albo oburzenia) na jego widok. Sam skromnie mawiał, że codziennie rano doświadcza najwyższej rozkoszy z samego faktu, że jest Salvadorów Dalí.
A teraz wyobraźcie sobie ten postapokaliptyczny scenariusz. Ziemia po katastrofie. Nie ma dziennikarzy, nie ma paryskich salonów, nie ma fanów, nie ma nawet krytyków, którzy mogliby napisać zjadliwą recenzję.
I co robi rasowy narcyz w obliczu totalnej pustki?
Zadaje Stwórcy to jedno, najważniejsze pytanie. Nie pyta o sens cierpienia, nie pyta o ocalałych. Patrzy w chmury i z lekkim niepokojem w tych swoich wielkich oczach negocjuje:
„Dobrze, Boże. Skoro zostaliśmy sami... to czy Ty chociaż będziesz moim fanem? Czy zbierasz moje autografy? I czy w niebie mają już wystarczająco dużo moich płynących zegarów?”.
Bo dla kogoś, dla kogo całe życie było teatrem i nieustanną kreacją, brak widowni to jedyna prawdziwa śmierć.
A Wy jak myślicie? Czy Stwórca polubiłby profil Salvadora na tym pustkowiu?
<><><><><><><>
⚓ Moja blogowa flotylla:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz