Translate

piątek, 5 czerwca 2026

BYCZE OKO




Bycze oko by Maurice-Quentin de La Tour


Paryż, rok 1737.

Maurice-Quentin de La Tour siedział przy sztaludze i z powagą godną ministra finansów próbował narysować własny nos. Nie było to łatwe. Nos, który ogląda się codziennie, staje się podejrzanie zwyczajny.

   - Odrobinę więcej godności - mruknął do odbicia w lustrze.

Odbicie natychmiast zrobiło minę człowieka, który właśnie połknął cytrynę.

   - Nie, nie aż tyle.

W tej samej chwili usłyszał na ulicy znajomy głos.

  -  Maurice! Maurice! Jesteś tam?

To był stary przyjaciel, monsieur Dufour, człowiek tak uparty, że gdyby postanowił odwiedzić samego króla, prawdopodobnie wszedłby do Wersalu kuchennym wejściem.

Malarz podszedł do okna.

  - Ach, to ty...

I wtedy w jego oczach błysnęła iskra.

Zamiast otworzyć drzwi, zbiegł po schodach i przekręcił klucz w zamku.

  - Doskonale  - powiedział do siebie.

Następnie wrócił na górę i usadowił się przy okrągłym okienku wychodzącym na dziedziniec. Było to tak zwane œil de bœuf -  bycze oko.

Dufour zapukał.

Nic.

Zapukał drugi raz.

Jeszcze nic.

Po chwili zaczął walić pięścią.

  - Maurice! Wiem, że jesteś w domu!

La Tour obserwował go z góry jak astronom śledzący rzadkie zjawisko niebieskie.

  - O, teraz zaczyna się najlepsza część - szepnął.

Przyjaciel obszedł dom.

Potem wrócił.

Potem zajrzał przez okno.

Potem znowu zapukał.

Następnie wygłosił krótką mowę o niewdzięczności artystów.

La Tour śmiał się coraz bardziej.

  - Cudowne! Zupełnie cudowne!

W pewnym momencie Dufour zatrzymał się pośrodku dziedzińca i spojrzał prosto na okrągłe okienko.

Przez sekundę ich spojrzenia się spotkały.

Malarz odruchowo wyciągnął palec.

 -  Tam! Tam jest ten głupiec!  - chciał powiedzieć.

Ale ponieważ wskazywał właśnie na Dufoura, gest nabrał nieco innego znaczenia.

Dufour zmrużył oczy.

  - Aha...

Po czym zdjął kapelusz i ukłonił się teatralnie.

  - Skoro ja jestem widowiskiem, to przynajmniej będę występował godnie!

Przez następne pięć minut spacerował po dziedzińcu z miną tragicznego bohatera opery.

La Tour śmiał się tak mocno, że musiał oprzeć się o parapet.

I właśnie wtedy przyszła mu do głowy pewna myśl.

  -  Nie ruszaj się! - krzyknął.

  -  Otworzysz drzwi?

  -Nie.

  - Więc czego chcesz?

   -  Żebyś został tam jeszcze chwilę.

  - Dlaczego?

  -  Bo maluję.

Dufour westchnął.

  -  Wiedziałem.

Kilka tygodni później obraz był gotowy.

Malarz patrzył na swoje dzieło z zadowoleniem. Uśmiech rozbawienia. Palec wyciągnięty w bok. Głowa wysunięta przez bycze oko niczym ciekawski sąsiad.

Przyjaciel obejrzał portret.

  - Więc to ja jestem tym, na co pokazujesz?

  - Być może.

  -  A jeśli ktoś zapyta?

  -  Powiem, że wskazuję drzwi.

  -  A jeśli nie uwierzy?

  -  Powiem, że wskazuję świat.

  - A jeśli nadal nie uwierzy?

La Tour uśmiechnął się szerzej.

  -  Wtedy historycy sztuki będą się kłócić przez następne trzysta lat.

I jak zwykle miał rację.


<><><><><><><><><><><><><><><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję   -najnowszy  blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

PRZESADNA MIMIKA TWARZY

Holenderscy portreciści złotego wieku uwielbiali malować przesadną mimikę twarzy Rembrandt i Vermeer sprawili, że twarze stały się żywe i pe...