![]() |
| art by Joos van Craesbeeck |
Patrząc na to płótno Joosa van Craesbeecka, w pierwszym odruchu serce nam mięknie. Chciałoby się rzucić wszystko, biec do XVII-wiecznej apteki po maść żywokostową, poprawić ten prowizoryczny, szary temblak i zaparzyć chłopinie melisy na uspokojenie. Ten grymas potwornego bólu, zaciśnięte powieki, otwarte z bólu usta – no po prostu czyste, ludzkie nieszczęście.
Ale zaraz, stop, stop... Przyjrzyjmy się temu bliżej od kuchni barokowego atelier!
Wizyta u malarza w tamtych czasach to nie było szybkie „pstryk” smartfonem. Nasz bolesny bohater musiał utrzymać ten dramatyczny, rozdzierający grymas nie przez pięć sekund, ale przez dobre kilka, jeśli nie kilkanaście godzin sesji malarskiej!
Wyobrażacie sobie te zakwasy na twarzy?
– Panie Craesbeeck – mruczy przez zaciśnięte zęby model. – Oko mi drży od trzech godzin, a od tego udawanego płaczu zaraz dostanę prawdziwego szczękościsku. Mogę na chwilę rozluźnić lewy policzek?
– Ani drgnij! – krzyczy artysta zza sztalugi. – Światło idealnie podkreśla twój barokowy egzystencjalny dramat! Wytrzymaj jeszcze dwie godziny, zaraz domaluję ten brudny bandaż na czapce!
Najlepszy żart polega jednak na tym, że Craesbeeck uwielbiał jako modela do takich cierpiących scen wykorzystywać... samego siebie. Bardzo możliwe, że ten potwornie obolały chłopina to nikt inny, jak sam pan malarz, który po prostu spędził pół dnia przed lustrem, robiąc do siebie najgłupsze i najbardziej bolesne miny, jakie tylko przyszły mu do głowy.
Morał?
Praca modela to ciężki kawałek chleba, a prawdziwy paraliż i ból twarzy dopadał człowieka dopiero wtedy, gdy po skończonej pracy artysta mówił: „Ojej, przepraszam, jednak złe światło było, jutro malujemy od nowa!”.
<><><><><><><><><><><><><><><>
⚓ Moja blogowa flotylla:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz