Spójrzcie uważnie na ten obraz.
Czy to idealna, przesłodzona scenka z dawnych lat?
Pozory mogą mylić!
Dzieło nosi tytuł „Poranki” i wyszło spod pędzla wybitnej amerykańskiej ilustratorki, Jessie Willcox Smith, jako część jej słynnego cyklu „A Mother’s Days” z początku XX wieku.
Choć artystka słynęła z uwieczniania domowego ogniska, daleko jej było do nudnej sztampy. Na pierwszym planie widzimy kobietę – i wbrew pozorom nie jest to pokojówka, lecz matka, ubrana w luźny, poranny szlafrok w pasy. Brak obrączki na jej dłoni nie był błędem – Smith chciała skupić uwagę widza na czymś zupełnie innym: na zmęczeniu i cierpliwości, jakie niesie ze sobą rodzicielstwo.
A mała dziewczynka w fotelu? Jej mina mówi wszystko! Każdy, kto choć raz próbował ubrać rano kilkulatka, doskonale zna to spojrzenie. Dziewczynka nie jest chora – jest po prostu rozkapryszona, zaspana i ostentacyjnie niezadowolona z konieczności włożenia ciemnych bucików, które czekają już na podłodze. Jej bezwładna, buntownicza pozycja w wielkim, kwiecistym fotelu kontrastuje ze skupioną, delikatną sylwetką matki, która z nieskończoną cierpliwością próbuje naciągnąć skarpetkę na małą stópkę.
Jessie Willcox Smith miała niezwykły dar. Potrafiła zamienić zwykły, prozaiczny moment – poranną walkę z dziecięcym fochem – w pełną psychologicznej głębi opowieść o miłości, która nie potrzebuje fanfar, a jedynie... odrobiny wytrwałości.
Ja, jako matka już dwóch dorosłych kobiet, pamiętam jeszcze takie poranne mini dramaty, a teraz to samo widzę w wykonaniu wnuków.
A jak Wam podoba się ten poranny minidramat? Widzicie w nim odbicie własnych poranków?
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz