Translate

niedziela, 20 września 2026

BLOGOWANIE TO PIĘKNA PRZYGODA

 Poprosiłam SI, aby przedstawiła w ilustracji mój komunikat

Nieważne, że nie jestem podobna do siebie.

To najmniej istotne.

Ale poczytajcie sobie, bo długo niczego nowego nie napiszę ... na blogach.

Powieści, to inna bajka.

Nie znikam... tylko zwalniam tempo,


Teresa


PS. 

Gdzie moja maltanka Toffi?

Wyje pod stołem, że teraz moimi pupilami są papużki, a jej ukróciłam  brylowanie na blogach.

 




sobota, 19 września 2026

FAJKA EINSTEINA - REAKTYWACJA



(Woman with cigarette by Nicolai Fechin)


Gdyby to był obraz ruchomy, to być może pokusiłabym się o pewną diagnozę. Czy shizofrenia, depresja, alzheimer czy parkinsonizm dręczy "modelkę" z tego obrazu. Niestety, ręka jej nawet nie drgnie. Nie wiem, czy trafia tym papierosem prosto do ust bez zbędnego drżenia rąk. Widywałam już palaczy, którzy krążyli wokół ust z papierosem utkwionym między wyprostowanymi palcami, nie mogąc trafić do upragnionego celu, ale może oprócz nałogu palenia tytoniu, mieli dodatkowo jeszcze inny.
Mam tu na podorędziu pewien emotikon, w którym jestem "modelką" z papierosem, ale w realu papierosów nie paliłam, nawet w młodości. Chociaż przyznam się, próbowałam, jak on "smakuje". Na szczęście... nie smakował.



A tu, ni stąd, ni zowąd, co ja wypisuję... z Fokus.pl... dowiaduję się, że taki papieros to nawet od drżenia rąk wyleczyć może. Stąd moja podejrzliwość o chorobę modelki.


Widząc Einsteina z fajką, nie chcę udawadniać, że nie wymyśliłby teorii względności, gdyby palaczem tytoniu nie był.







Albert Einstein był namiętnym palaczem (zresztą podobnie jak Carl Gauss i Niels Bohr). W młodości palił przeważnie cygara, zresztą liche. Potem zaczął palić fajkę i bardzo się do niej przywiązał. Podobno nie wypuścił jej z rąk nawet wtedy, gdy pewnego razu wpadł do wody po wywróceniu się jego żaglówki. Wśród licznych, także dziwacznych wyróżnień i honorów Einsteina znalazło się dożywotnie członkostwo Klubu Palaczy fajek w Montrealu. Przyjmując to wyróżnienie, Einstein miał powiedzieć: Palenie fajki zapewnia spokojny i obiektywny osąd spraw ludzkich. Nadużywanie tytoniu odbiło się w końcu na zdrowiu uczonego, któremu lekarze zalecili bardzo ograniczyć palenie. Einstein jednak próbował stale obchodzić te zalecenia. Często więc odbywała się taka oto wymiana słów między nim a jego żoną Elsą:

- Albercie, znów zapalasz fajkę.

- Ależ to dziś moja pierwsza ! - odpowiadał najczęściej Einstein.

- Nie oszukuj, sama widziałam, że to już chyba czwarta !
- Ależ skąd - bronił się Einstein. - No, może nie pierwsza, ale najwyżej druga fajka. Przecież nie powiesz, moja droga, że jesteś ode mnie lepsza w matematyce. (http://www.bg.agh.edu.pl/EINSTEIN/)



by Giovanni Madonini
Animacja: Michele Giammaria



Podobno tytoń usprawnia działanie szarych komórek, pobudzając neurony, ale są zwolennicy , jak i zagorzali przeciwnicy tego twierdzenia. Dokładniej na ten temat pisze Ewa Nieckuła w Focusie tutaj
Warto przeczytać cały artykuł, czyli 3 strony :)

A teraz trochę humoru :)

Czy ufoludki, jako wyższa inteligencja, też ćmią papierochy ???



tutaj z fb można zobaczyć "migającą" galerię fotosów Alberta Einsteina.

piątek, 18 września 2026

KROKODYLE ŁZY MECENASA I ANIELSKI SPOKÓJ DAMY

Honore Daumier - "Adwokat"

Czy zdarzyło się Wam kiedyś oglądać spektakl, w którym aktor na scenie dawał z siebie absolutnie wszystko – płakał, krzyczał, rwał szaty – a Wy patrzyliście na to z boku z lekkim, ironicznym uśmieszkiem, doskonale wiedząc, że to tylko świetnie wyreżyserowana szopka? Jeśli tak, to wybitny francuski karykaturzysta Honoré Daumier utrwalił ten moment specjalnie dla nas! Spójrzcie na jego genialną grafikę, przedstawiającą dramatyczną scenę na dziewiętnastowiecznej sali sądowej.

Głównym bohaterem tego przedstawienia jest bez wątpienia pan adwokat w długiej, czarnej todze. Spójrzcie na tę ekspresję! Mecenas niemal wyskakuje ze swojej drewnianej ławki obrońców. Jego twarz jest wykrzywiona w grymasie głębokiej rozpaczy, oczy ma szeroko otwarte z przerażenia, a w dłoni kurczowo ściska białą chusteczkę, którą przed chwilą widowiskowo ocierał rzekome łzy. Szerokim gestem ramienia wskazuje na swoją klientkę, jakby krzyczał do sędziów: „Wysoki Sądzie! Spójrzcie na tę niewinną, udręczoną istotę! Serce mi pęka na pół!”. W tle siedzi rządek zaspanych, szarych widzów, którzy z nudów oglądają ten codzienny, prawniczy teatr.

A obok adwokata siedzi ona – oskarżona, elegancka, rudowłosa dama w pięknej, jasnej sukni. I w tym momencie cała powaga sądu pęka niczym bańka mydlana! Podczas gdy jej obrońca odgrywa dramat godny Szekspira i wylewa krokodyle łzy, kobieta siedzi z rękami spokojnie złożonymi na podołku. Na jej twarzy maluje się absolutny, nabożny wręcz spokój, okraszony niesamowicie sarkastycznym, ironicznym uśmieszkiem. Ona nie płacze, nie drży ze strachu przed wyrokiem. 

Mało tego – ta mina mówi jasno: 

Mój mecenas jest genialny, świetnie gra swoją rolę, a ja i tak jestem w stu procentach pewna uniewinnienia!”.

Daumier w mistrzowski sposób uczy nas dystansu do wszelkich życiowych „teatrzyków” i dramatów, które inni próbują wokół nas sztucznie rozdmuchać. Czasami, gdy ktoś w naszym otoczeniu zaczyna widowiskowo lamentować, rwać włosy z głowy i stroić miny pełne zadęcia – czy to z powodu „fikającego” komputera, czy małych codziennych potknięć – najlepsze, co możemy zrobić, to wziąć przykład z tej rudej damy. Usiądźmy wygodnie, uśmiechnijmy się sarkastycznie pod nosem i pamiętajmy: większość tych wielkich burz to tylko przedstawienie urządzane pod publiczkę. Czysty spokój i filiżanka dobrej kawy ( lub melisy) - to nasz najlepszy wyrok uniewinniający!

czwartek, 17 września 2026

ŚPIĄCA CZYTELNICZKA

 

"Śpiąca Czytelniczka"(1882) - Marie Petiet"


(z lekkim niepokojem autorki)
Patrzę na tę młodą kobietę w białym czepku i prostym szarym ubraniu.
Siedzi na drewnianym krześle, ręce skrzyżowane, głowa lekko przechylona, oczy zamknięte. Książka spoczywa otwarta na kolanach, jakby przed chwilą jeszcze czytała… a potem sen wygrał.
Wygląda tak spokojnie.
Prawie uroczo.
I właśnie wtedy, kiedy w tym miesiącu moje dwie powieści zaczęły żyć własnym życiem, przychodzi mi do głowy zdradliwe pytanie:
Czy ktoś już nad nimi tak spokojnie zasnął?
Bo z jednej strony – to komplement.
Znaczy, że tekst kogoś otulił, uspokoił, pozwolił na chwilę odłożyć świat. Że książka stała się bezpiecznym miejscem.
Z drugiej strony… no cóż.
Każdy autor w głębi duszy wolałby, żeby czytelnik przewracał strony z rosnącym napięciem, a nie że powoli zamykały mu się powieki.A jednak lubię ten obraz.
Bo jest w nim coś bardzo prawdziwego. Literatura nie zawsze musi być burzą emocji. Czasem może być po prostu ciepłym kątem, w którym wolno się zmęczyć i zasnąć.

Więc jeśli whhh… ktoś z Was już zdążył zdrzemnąć się nad którąś z moich książek -
to w porządku.
Naprawdę.
Tylko proszę, nie chwalcie się tym zbyt głośno.
Autorzy mają delikatne ego.

środa, 16 września 2026

ROZMOWA W OGRODZIE LUKSEMBURSKIM



Vittorio Matteo Corcos, 1892
"Jesień w Ogrodzie Luksemburskim"


Liście już opadły, krzesła stoją puste, powietrze ma ten szczególny, lekko melancholijny kolor.

Na pierwszym planie dwie eleganckie panie w czerni. Jedna siedzi prosto, z rękawiczkami w dłoniach, i patrzy gdzieś przed siebie – uważnie, ale trochę nieobecnie. Druga pochyla się ku niej bardzo blisko, prawie szeptem. Coś jej mówi. Coś ważnego. Albo przynajmniej takiego, co w tej chwili wydaje się ważne.

A na dole, przy samej ziemi, mała dziewczynka w wielkim białym kapeluszu.
Całkiem pochłonięta swoją zabawą. Kopie piasek, nie zwraca uwagi na dorosłe rozmowy, na sekrety, na westchnienia. Jej świat kończy się na małej łopatce i wiaderku.

I właśnie ten kontrast najbardziej mnie porusza.

Dwie kobiety wyglądają, jakby dźwigały na sobie jakąś niewypowiedzianą historię. Może plotkę, może zmartwienie, może decyzję, której jeszcze nie podjęły. Czerń ich sukien i kapeluszy sprawia, że cała scena ma w sobie coś poważnego, prawie uroczystego.

A dziecko… po prostu jest.
Jeszcze nie musi niczego rozumieć. Jeszcze nie musi wybierać słów. Jeszcze nie musi schylać głowy, żeby usłyszeć szept.

Corcos uchwycił tu coś bardzo prawdziwego:
jak blisko siebie mogą istnieć dwa zupełnie różne światy.
Jeden pełen niedopowiedzeń i ciężaru.
Drugi – lekki, skupiony tylko na chwili obecnej.

Patrzę na tę scenę i myślę, że każdy z nas czasem potrzebuje takiego białego kapelusza.
Takiej chwili, w której wolno nam nie słyszeć dorosłych rozmów
i po prostu bawić się własnym piaskiem.

niedziela, 13 września 2026

NIEDZIELNE ZMAGANIA Z PORTFELEM




Spójrzcie na tego dżentelmena ze starej karykatury Honoré Daumiera z 1836 roku. 

Czy jego mina nie wydaje się Wam dziwnie znajoma?

Wybierzmy się na moment w podróż w czasie do dziewiętnastowiecznego Paryża, by podpatrzyć tę klasyczną, restauracyjną scenkę, zatytułowaną „Rachunek do zapłacenia” (La carte à payer).

Nasz bohater spędził właśnie cudowny, niedzielny czas. Zjadł wyśmienity posiłek, o czym świadczy leżąca na stole skórka chleba, z apetytem dopił butelkę dobrego wina, a kelner z uśmiechem przyniósł mu na koniec elegancką karafkę z wodą. Wszystko było idealnie, dopóki na stole nie wylądował ten mały, biały papierek... rachunek za kolację.

I w tym momencie cała restauracyjna idylla prysła! Spójrzcie na ten niesamowity grymas twarzy – te wielkie, przerażone oczy, zmarszczone czoło i usta wykrzywione w komiczny podkówkę. Pan nerwowo wsuwa jedną dłoń do kieszeni płaszcza, rozpaczliwie szukając jakichś zapomnianych banknotów, a na drugiej dłoni rozkłada to, co udało mu się wyskrobać z dna portfela. Kilka drobnych monet błyszczy na stole, ale wewnętrzny monolog bohatera, zapisany przez Daumiera na dole ryciny, mówi wszystko: „Muszę zapłacić rachunek, a mam za mało pieniędzy!”.

Każdemu z nas zdarzył się kiedyś moment takiego nagłego, finansowego lub technicznego zaskoczenia, kiedy to z pełną pewnością siebie wchodzimy w jakąś sytuację, a rzeczywistość nagle mówi nam: „Sprawdzam!”. Daumier w genialny sposób uczy nas dystansu do takich małych, codziennych potknięć. 

Jeśli więc Wasz niedzielny budżet albo poniedziałkowe plany nieco uciekły od ideału - nie martwcie się. Po prostu uśmiechnijcie się do tego paryskiego smakosza. W końcu dobra kolacja i święty spokój są warte każdych pieniędzy!

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 

sobota, 12 września 2026

ODWAGA TWORZENIA I MILCZENIE MARZEŃ


 Vittorio Matteo Corcosa - "Marzenia "( z Eleną Vecschi)


Znam ten obraz od wielu lat. Kiedyś, gdy opisywałam go po raz pierwszy, widziałam w nim to, co większość krytyków sztuki – piękną, młodą kobietę z epoki fin de siècle, zawieszoną między romantycznym marzeniem a melancholią uciekającego popołudnia. Dzisiaj jednak, kiedy patrzę na to płótno Vittorio Matteo Corcosa z 1896 roku przez pryzmat moich własnych, świeżych doświadczeń wydawniczych, widzę w nim zupełnie inną, o wiele potężniejszą historię. Historię o trudach tworzenia, determinacji i zniecierpliwieniu autora, który czeka na ruch ze strony świata.

Spójrzmy na tę kobietę – na Elenę, która patrzy na nas z drewnianej ławki. W jej oczach nie ma już śladu po dziewczęcej naiwności. Jest tam głęboka, dojrzała powaga, a nawet lekki bunt. Jej dłoń kurczowo, z całej siły podpiera podbródek, a ułożenie ciała zdradza zmęczenie wymuszonym oczekiwaniem.

Obok niej, na ławce, leży stos książek. Dla mnie to nie są już przypadkowe tomiki poezji. To są właśnie te nasze ukochane, gotowe manuskrypty – ocalałe serca przelane na papier, które zostały idealnie sformatowane, ubrane w bezpieczne marginesy lustrzane i nienaganne spisy treści. Książki leżą gotowe, zamknięte, czekając na to, by ktoś je wreszcie otworzył i wpuścił w obieg.

Tuż obok spoczywa słomkowy kapelusz z jaskrawą, zieloną wstążką oraz złożony parasol. To rekwizyty gotowości – wszystko jest spakowane, przygotowane do drogi, machina autorska wykonała całą swoją pracę na sto procent. A jednak bohaterka wciąż siedzi na tej ławce. Dlaczego? Bo czeka. Czeka na decyzje, na zatwierdzenie, na weryfikację techniczną tych wielkich, bezdusznych maszyn wydawniczych, które potrafią milczeć całymi dniami i uczyć autora najtrudniejszej cnoty – cierpliwości.

Ten obraz to genialna metafora losu każdego niezależnego twórcy. Przechodzimy przez mordercze noce, walczymy z kaprysami systemów, wkładamy w dzieło całą swoją duszę, a na koniec musimy – tak jak ta zamyślona kobieta w zielonej sukni – usiąść na ławce i po prostu czekać na zielone światło. Ale ten wzrok mówi wszystko: autor się nie podda. Może i czekamy w ciszy, ale z podniesioną głową i całkowitą pewnością, że nasze słowa są warte każdego grosza i lada moment ruszą w wielki świat.

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 

piątek, 11 września 2026

DRAMAT PISARKI KIEDY FORMAT PLIKU WEJDZIE ZA MOCNO



Opuszczona (Porzucona?) by Vlaho Bukovac


Zapraszam Was dzisiaj do przyjrzenia się dziełu wybitnego chorwackiego malarza Vlaho Bukovaca pt. „Opuszczona” (Opuštěná) z 1916 roku.

Oficjalne podręczniki do historii sztuki mówią o melancholii, złamanym sercu, samotności i kobiecej bezsilności wobec okrutnego losu. Jednak dzisiaj moje literackie OKO widzi w tym obrazie zupełnie inną, niezwykle współczesną i dramatyczną historię... Historię sprzed kilku dni.

 PDF ( przeznaczony na opublikowanie powieści  SERCA ELWIRY w formie e-booka nie ma odpowiednich marginesów!
Przyjrzyjcie się tej młodej damie. Ta zwiotczała sylwetka, te splecione z bezsilności dłonie kurczowo trzymające chusteczkę i głowa ukryta w poduszkach aksamitnego szezlonga... To nie jest obraz kobiety porzuconej przez narzeczonego.

To jest portret współczesnej autorki w morderczym starciu z systemem technicznym platformy wydawniczej!

Wyobraźcie sobie tę scenę: dziewczyna  (no, może już nie taka młoda 😉) spędziła ostatnie miesiące, pisząc genialną powieść obyczajową. Zarywała noce, wylewała łzy nad losem bohaterów, aż w końcu z dumą kliknęła: „Eksportuj do PDF”. I kiedy była pewna, że cały świat padnie u jej stóp, automatyczny system weryfikacji bezdusznie odpowiedział: „Błąd formatu. Proszę dodać jeszcze jedną pustą stronę na końcu, zmienić rozmiar spadu o 3 milimetry i wycentrować numery stron”.

Rozpacz tkwi w szczegółach

Bukovac z niesamowitą precyzją oddał ten moment ostatecznego poddania się technologii:

Biała bluzka w paski: 
Elegancka, misternie utkana – symbolizuje wielkie nadzieje i profesjonalizm, z jakim autorka podeszła do premiery.

Ciemna, ciężka spódnica rozlana na podłodze: 
To nic innego jak przygniatający ciężar regulaminu technicznego, który nie pozwala jej wstać i iść do przodu.

Złota bransoletka i ozdobny grzebień we włosach: 
Autorka ubrała się odświętnie na moment kliknięcia „Publikuj”, ale algorytm nie zna litości dla pięknych stylizacji.

Pognieciona chusteczka w dłoni: 
To jedyna rzecz, jaka pozostała po nierównej walce z marginesami lustrzanymi.

Światełko w tunelu (oraz w tle)
Na szczęście, jeśli przyjrzymy się kompozycji Bukovaca, w tle widać ciepłe, złote refleksy na luksusowym wazonie i obiciach mebli. 
Co to oznacza w naszej humoresce? 
To znak, że algorytm w końcu skapituluje! 
Jutro rano bezduszny automat prześle upragnionego maila o treści: 
„Twój plik został zaakceptowany. Książka trafia do dystrybucji”.

Wtedy nasza bohaterka podniesie dumnie głowę z poduszek, otrze łzy chusteczką, poprawi fryzurę i pójdzie zrobić sobie wielką, zasłużoną, gorącą kawę.
Ciekawa jestem, jak Wasze "gostynińskie" OKO widzi tę dramatyczną scenę? 
Czy to złamane serce, czy po prostu awaria internetu w najważniejszym momencie wysyłania plików? 😉

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 

czwartek, 10 września 2026

KOBIETA OWINIĘTA W SZAL


Kobieta owinęta w szal
by Vincete Palmaroli y Gonzalez, ok.1875-1880


Obraz wygląda, jakby artysta właśnie odłożył pędzel.
Tło jest jeszcze surowe, czerwonobrązowe, prawie niedokończone. Kobieta siedzi lekko pochylona, owinięta w jasny, miętowo-biały szal, który spływa jej po ramionach jak ochronna warstwa. Czarna spódnica tonie w cieniu. Twarz ma pochyloną, spojrzenie skierowane gdzieś w dół, do środka.
Nie pozuje.
Nie uśmiecha się do widza.
Po prostu jest.
I właśnie to mnie w niej najbardziej porusza.
Wydaje się, jakby na chwilę wyszła z gwaru, z rozmów, z oczekiwań… i zapadła w siebie. Szal nie jest tu ozdobą. Jest schronieniem. Czymś, co pozwala jej na chwilę nie być „dla kogoś”, tylko dla siebie.
Patrząc na ten szkicowy, niedopowiedziany obraz, mam wrażenie, że Palmaroli złapał nie pozę, lecz stan.
Stan zawieszenia.
Stan, w którym człowiek jeszcze nie zdecydował, czy wrócić do świata, czy zostać jeszcze chwilę w tej ciszy.
Lubię takie niedokończone obrazy.
Bo zostawiają nam miejsce.
Nie narzucają historii – pozwalają nam ją dopowiedzieć.
Kim jest ta kobieta?
Czy właśnie dostała wiadomość, która wszystko zmienia?
Czy tylko zmęczyła się dniem i na moment zamknęła się w sobie?
A może po prostu lubi siedzieć tak, owinięta, i nie musieć niczego wyjaśniać?
Nie wiem.
I dobrze.
Bo czasem najpiękniejsze w sztuce jest właśnie to, czego artysta nie dokończył…
a my, patrząc, dokańczamy po cichu we własnym sercu.

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 



środa, 9 września 2026

XIX-WIECZNY PARAWAN I PODRYW NA SPOWIEDNIKA


Vincente Palmaroli y Gonzales- "Spowiedź"

Witajcie w kolejnej odsłonie "OKA NA OBRAZ"

Dziś porzucamy na chwilę patetyczne salony i rzucamy okiem na plażę. Ale nie myślcie, że czeka nas sielanka. Przed Wami dzieło „The Confession” (Spowiedź) z 1883 roku, które wyszło spod pędzla hiszpańskiego mistrza Vicente Palmaroliego y Gonzáleza.

Palmaroli, twórca tego obrazu, podczas pobytu w Paryżu  często odwiedzał Trouville-sur-Mer ( Normandia ). Ta plaża, modny letni kurort dla wyższej klasy średniej, która często pojawiała się tam w formalnych strojach, została przedstawiona przez malarza w licznych dziełach, często przedstawiających kobiety w eleganckich i wyrafinowanych pozach, pod zachmurzonym niebem i ołowianym światłem charakterystycznym dla tego regionu. Dżentelmenem jest syn malarza, Vincent Palmaroli Reboulet.

Patrząc na ten obraz, moje oko widzi absolutne arcydzieło psychologicznej walki płci w warunkach polowych (a raczej: nadmorskich).

Kiedy parawan to za mało...

Wyobraźcie sobie scenerię: 
XIX wiek, szum fal, rześki wiatr i luksusowe, wiklinowe kosze plażowe, które miały chronić przed słońcem, wiatrem i... natrętami. Piękna modelka, ubrana w zjawiskową, seledynowo-błękitną suknię (idealna kreacja na piasek, prawda?), postanowiła spędzić spokojne popołudnie, izolując się od świata.
Ale plan legł w gruzach. Oto u progu jej wiklinowej twierdzy zjawia się on. Młody elegant w nienagannym, czarnym garniturze i meloniku (bo jak powszechnie wiadomo, czarny wełniany garnitur to absolutny „must-have” na upalną plażę).

Podryw na spowiednika i syn w roli głównej

Malarz w genialny sposób zażartował z modnego wówczas wśród burżuazji flirtu. Kształt plażowego kosza z daszkiem przypomina przecież... kościelny konfesjonał. Chłopak przysiadł obok na odwróconym koszu, nerwowo miętosi w dłoniach cygaro i nachyla się z miną tak skruszoną, jakby wyznawał swoje największe grzechy.

Co najciekawsze – do roli tego zdesperowanego plażowego grzesznika pozował malarzowi... jego własny syn! Możemy tylko zgadywać, czy młody Vicente miał w sobie tyle naturalnego talentu aktorskiego, czy po prostu tata kazał mu siedzieć w kucki przez trzy godziny na słońcu, co idealnie tłumaczy minę młodzieńca.

A co na to „Oko” naszej bohaterki?

Spójrzcie na tę damę. Jej poza to czysta, podręcznikowa obojętność zmieszana z lekkim rozbawieniem. Podparła brodę dłonią, patrzy gdzieś w przestrzeń ponad jego melonikiem, a jej wzrok mówi wyraźnie: „Mów sobie, mów, a ja i tak zastanawiam się, czy dusza w moim żelazku w pensjonacie nie jest czasem rozgrzana do czerwoności... zupełnie jak serce tego nieszczęśnika obok.” 😉 Narzędzia obronne w postaci czarnych rękawiczek i luksusowego kapelusza z kwiatami trzymają intruza na bezpieczny dystans.

Palmaroli stworzył obraz niezwykle lekki, jasny i pełen humoru. Pokazał nam, że niezależnie od epoki, techniki podrywu bywają równie skomplikowane, a damska asertywność na plaży ma niezwykle długą i piękną tradycję.

Ciekawe, czy młodzieniec dostanie rozgrzeszenie i zostanie zaproszony na spacer brzegiem morza, czy może jego „pokuta” będzie trwać całe wakacje?

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 


wtorek, 8 września 2026

SPOJRZENIE, KTÓRE UWODZI

"La Coquette" by Alexandre-Jacques Chantron


Ukryte sekrety „La Coquette” Alexandre’a-Jacques’a Chantrona

Witajcie w kolejnej odsłonie na blogu OKO na Obraz. Dziś przyjrzymy się dziełu, które magnetyzuje od pierwszego spojrzenia, choć skrywa w sobie o wiele więcej pytań niż odpowiedzi. Przed Wami „La Coquette” (Zalotnica), pędzla francuskiego mistrza Alexandre’a-Jacques’a Chantrona.

Tajemnicza kokietka z przełomu wieków
Przyglądając się tej młodej kobiecie, nie sposób uciec od jej wzroku. Chantron w genialny sposób uchwycił moment czystej, kobiecej kokieterii. Modelka, o ciemnych, burzliwych włosach, patrzy na nas z lekkim, nieco filuternym uśmiechem. Jej twarz rozświetla ciepłe, niemal teatralne światło, gwałtownie wyłaniające się z głębokiego, mrocznego tła.

Symbolika i kontrasty, które budują napięcie
To, co zachwyca w tym obrazie najbardziej, to mordercza walka faktur i kolorów, z których artysta utkał tę opowieść:

Czerń elegancji: 
Długie, lśniące satynowe rękawiczki ciasno opinające ramiona, połączone z ciemnym, głębokim kołnierzem, budują barierę niedostępności.

Złoto i biel: 
Jasny, zawadiacko przekrzywiony beret, ozdobiony dużą, białą kokardą, nadaje całości paryskiego sznytu i lekkości.

Płomienna czerwień: 
Najważniejszy akcent kompozycyjny – intensywny, czerwony wachlarz, dumnie trzymany w dłoni niczym berło. W XIX-wiecznym języku salonowym wachlarz był potężnym narzędziem flirtu. Uniesiony wysoko i półotwarty oznaczał jedno: „Jestem tobą zaintrygowana”.

Sztuka, która mówi szeptem
Chantron, będący uczniem wielkich mistrzów (m.in. Bouguereau), doskonale wiedział, jak operować akademicką precyzją, by nie zabić w obrazie życia. Dziewczyna opiera się o miękki, złocisto-miodowy fotel, a jej postawa – skrzyżowane ramiona i lekki ukłon w stronę widza – sprawia, że czujemy się, jakbyśmy przenieśli się na moment do intymnego, paryskiego salonu buduarowego.

A jakie emocje budzi w Was ta skąpana w mroku Zalotnica? Czy jej uśmiech niesie ze sobą szczerość, czy może jest tylko częścią wyrafinowanej gry pozorów?

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 

poniedziałek, 7 września 2026

PARYSKI WIATR, UCIEKAJĄCE KAPELUSZE I... JESIENNY TANIEC NA CHODNIKU




Noc z soboty na niedzielę na naszym terenie pokazała, że jesienna pogoda nie zamierza pytać nikogo o zdanie. Silny, porywisty wiatr hulał za oknami, gałęzie drzew stukały w szyby, a w głowie mimowolnie rodziła się myśl: „Dobrze, że jestem w domu, pod ciepłym kocem i z kubkiem gorącej herbaty”.

Gdy w niedzielny poranek spojrzałam na ilustrację hiszpańskiej artystki Lary Briz pt. „Notre Dame w Paryżu podczas wietrznego dnia”, od razu na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Pomyślałam: to przecież wypisz, wymaluj nasza wczorajsza nocna aura, tylko przeniesiona wprost na malownicze nadbrzeże Sekwany!

Spójrzcie tylko na tych niezwykle eleganckich paryżan. Wiatr nic sobie nie robi z ich nienagannych manier, drogich płaszczy i wyrafinowanego stylu. Zamienia stateczny spacer w prawdziwy, chaotyczny taniec przetrwania! 

Mężczyźnie w czarnym płaszczu wichura bezlitośnie wywija parasol na drugą stronę, uciekający cylinder szybuje w powietrzu, a starsza dama w jaskraworudej fryzurze niemal unosi się nad ziemią niczym kolorowy liść. Nawet mały, biały piesek zaparł się łapkami o chodnik, próbując nie odlecieć w stronę mglistej sylwetki katedry Notre Dame.

Lara Briz w genialny, pełen humoru sposób przypomina nam, że wobec sił natury wszyscy jesteśmy równi – tak samo bezradni i... tak samo zabawni. 
Jeśli ta wietrzna noc porwała Wam coś z balkonu lub potargała fryzurę podczas porannego wyjścia, nie martwcie się. Po prostu uśmiechnijcie się do tej paryskiej pocztówki. W końcu jesienny wiatr to też wspaniały artysta, choć bywa wyjątkowo porywczy!

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 


niedziela, 6 września 2026

ŹÓŁTE RĘKAWICZKI, CZYLI O SZTUCE CELEBROWANIA ULOTNYCH CHWIL

by Charles-Alexandre Coëssin de la Fosse 
  "Żółte rękawiczki"


Moi drodzy, dzisiejszy poranek na blogu zaczynamy od niezwykle subtelnego spotkania. Przed nami malarstwo Charlesa-Alexandre’a Coëssina de la Fosse i jego urokliwe dzieło „Żółte rękawiczki”. Spójrzcie na tę młodą kobietę. Siedzi przy kawiarnianym stoliku, na którym paruje jeszcze niedopita filiżanka kawy lub herbaty. W tle dogasa ciepłe, popołudniowe słońce, a ona – z przedziwnym, leciutkim uśmiechem – z pełną gracją naciąga na dłoń długą rękawiczkę.

Oficjalnie: to tylko chwila przygotowania do wyjścia. Prywatnie? Dla mnie to kwintesencja codziennego sacrum, którego tak bardzo dziś potrzebujemy.

W czasach, gdy wszystko pędzi, a my żyjemy w wiecznym niedoczasie, ta dziewiętnastowieczna dama uczy nas czegoś ważnego. Ona nigdzie się nie spieszy. Gest wkładania rękawiczki nie jest u niej mechaniczną czynnością – to wręcz intymny rytuał. Każdy ruch palców, wygładzenie materiału i to pełne zadumy spojrzenie skierowane w dół mówią o tym, że ta kobieta jest obecna tu i teraz. Celebruje kończący się dzień, smak napoju i moment sam na sam ze swoimi myślami.

Rękawiczka – w tamtej epoce była nie tylko elementem stroju, ale symbolem statusu, elegancji i skrywanych tajemnic. Zastanawiam się, o czym myśli nasza bohaterka? 

Może przed chwilą przy tym stoliku siedział ktoś ważny? 

A może właśnie układa w głowie słowa listu, który zamierza wysłać?

Niezależnie od jej sekretów, to płótno zostawia nas z pięknym przesłaniem. Przypomina, że urok życia kryje się w detalach. W powolnym piciu porannej kawy, w wyjściu do ogrodu, w uważnym spojrzeniu na świat. 

Życzę Wam dzisiaj, byście w tym nadchodzącym tygodniu znaleźli swoje własne „żółte rękawiczki” – chwile, które pozwolą Wam zwolnić bieg, uśmiechnąć się do własnych myśli i po prostu poczuć piękno uciekającego czasu.

~~~~~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Widzę, Czuję, Wiem i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 



BLOGOWANIE TO PIĘKNA PRZYGODA

 Poprosiłam SI, aby przedstawiła w ilustracji mój komunikat Nieważne, że nie jestem podobna do siebie. To najmniej istotne. Ale poczytajcie ...