Współczesna sztuka potrafi czerpać z klasycznych, gotyckich motywów w sposób, który jednocześnie zachwyca i głęboko niepokoi. Doskonałym tego dowodem jest hipnotyzujący obraz „Isolation” (Izolacja), którego autorem jest amerykański malarz i ilustrator Tristan Elwell. Na tym surrealistycznym płótnie widzimy młodą dziewczynę w ciężkiej, XIX-wiecznej czarnej sukni, która z absolutnym, wręcz nierealnym spokojem siedzi na cienkim przewodzie rozciągniętym wysoko na tle burzowego nieba. W dłoni trzyma otwarty, czarny parasol, jakby próbowała schronić się przed niewidocznym deszczem lub przed całym otaczającym ją światem.
Najbardziej uderzająca w tym obrazie jest niezwykła, pełna napięcia harmonia między dziewczyną a towarzyszącymi jej krukami lub wronami. Cztery ptaki zastygły na tej samej linii telefonicznej, a piąty właśnie nadlatuje z rozpostartymi skrzydłami, jakby przynosił jakąś tajemną wiadomość. W mitologii i kulturze kruki od zawsze były przewodnikami między światami, symbolami mądrości, ale też zwiastunami samotności i melancholii. Tutaj nie atakują bohaterki – wręcz przeciwnie, wydają się jej jedynymi, milczącymi powiernikami. Dzielą z nią tę samą, niebezpieczną przestrzeń, tworząc osobliwą więź opartą na zrozumieniu bez słów.
Kompozycja dzieła Tristana Elwella opiera się na fascynującym paradoksie stabilności i zagrożenia. Cienka linia, na której siedzi kobieta, kojarzy się z liną akrobaty – symbolem kruchości ludzkiego życia i balansowania na granicy wytrzymałości. Mimo to twarz dziewczyny nie zdradza strachu. Jej wzrok, skierowany gdzieś w górę i w dal, wyraża głęboką zadumę, a może tęsknotę za czymś, co znajduje się poza kadrem. Monochromatyczna, przygaszona paleta barw, zdominowana przez czernie, ciemne zielenie i brudne żółcienie nieba, potęguje wrażenie zawieszenia w próżni, poza czasem i przestrzenią.
Tytułowa „Izolacja” zyskuje w tej interpretacji dwoiste znaczenie. Z jednej strony to fizyczne odcięcie się od ziemi, od codziennego zgiełku i bezpiecznego gruntu pod nogami. Z drugiej strony to stan ducha – moment, w którym człowiek dobrowolnie wybiera własny, wewnętrzny świat, nawet jeśli dla innych wydaje się on mroczny i niedostępny. Obraz Elwella przypomina nam, że samotność nie zawsze musi być przekleństwem. Czasem staje się przestrzenią wolności, w której – tak jak ta dziewczyna na drucie – potrafimy odnaleźć własną, wewnętrzną równowagę wbrew wszystkim prawom grawitacji.
<><><><><><><><><><><><><><><>
⚓ Moja blogowa flotylla:

Bardzo ciekawy obraz i chyba właśnie ta niejednoznaczność najbardziej przyciąga uwagę. Z jednej strony widzę w tej scenie ogromną samotność, ale z drugiej jest w niej coś spokojnego — jakby bohaterka wcale nie czekała na ratunek, tylko znalazła swoje miejsce, choć dla innych wydaje się ono dziwne. Ciekawe jest też to, że kruki nie są tutaj symbolem zagrożenia, tylko bardziej towarzyszami, może nawet jedynymi, którzy naprawdę ją rozumieją. Zastanawiam się, czy samotność zawsze musi oznaczać brak kogoś obok, czy czasem właśnie w niej człowiek po raz pierwszy słyszy własne myśli? Ten obraz zostaje w głowie na dłużej, bo każdy chyba ma czasem swoją „cienką linię”, na której próbuje utrzymać równowagę.
OdpowiedzUsuńPięknie dziękuję za te słowa, Panie Andrzeju! Napisał Pan o tej „cienkiej linii” w taki sposób, że sama zaczęłam się zastanawiać, jak blisko jej do strun, na których wszyscy próbujemy w życiu zagrać jakąś harmonijną melodię. Pana interpretacja kruków jako sprzymierzeńców, a nie zagrożenia, dodaje tej scenie niesamowitego ciepła. To dowód na to, że izolacja, choć z boku wygląda osobliwie, może być bezpiecznym azylem i przestrzenią wolności. Cieszę się, że nadajemy na tych samych falach! Serdeczności.
Usuń