Wszystko zaczęło się od niewinnego piknięcia pralki, zwiastującego koniec cyklu „Bawełna 60 stopni”. Magdalena stała właśnie nad miską pełną wilgotnych prześcieradeł, gdy nagle doznała olśnienia. Spojrzała na wielką, nietkniętą belę białego materiału, która od miesięcy czekała w kącie na swoją wielką krawiecką przyszłość. Ile to sukien ślubnych można by z tego uszyć! – pomyślała. Albo przynajmniej... jedną, genialną, natychmiastową kreację wieczorową.
W ułamku sekundy domowa rutyna ustąpiła miejsca artystycznej wizji. Ściągacz od dresu poszedł w dół, a w ruch poszły agrafki.
Pięć minut później, w prowizorycznym kąciku fotograficznym, narodziła się Ona. Hrabina Domowego Zacisza. Markiza od Płynu do Płukania.
Udrapowana w zwoje śnieżnobiałego płótna, stała dumna i posągowa, rzucając w stronę obiektywu spojrzenie godne gwiazd Hollywood, jednak zmęczenie podczas prania dalo sie jej we znaki, więc padła na fotel, ale... w odpowiedniej pozie. Miała być elegancja, miał być paryski szyk, miał być powiew luksusu... i niemal się udało. Gdyby tylko nie ta bezwzględna, fotograficzna prawda drugiego planu.
Tuż za jej majestatycznie obnażonym ramieniem, niczym stalowy szkielet nowoczesnej rzeźby, prężyła się metalowa suszarka do bielizny. Przez zwoje luksusowego materiału, zza okna, przezierzał lekko odrapany, pamiętający minioną epokę balkon. Prawdziwy, surowy realizm magiczny polskiego bloku.
„Kochanie, czy te skarpetki też mam rozwiesić?” – z salonu dobiegł głos męża, brutalnie przerywając sesję Haute Couture między przedpokojem a kuchnią.
Hrabina westchnęła, poprawiła agrafkę na biodrze i z dumnie uniesioną głową, szeleszcząc metrami ślubnego tiulu, ruszyła w stronę pralki. W końcu prawdziwa dama żadnej pracy się nie boi. Nawet tej na 1200 obrotów.
<><><><><><><><><><><><><><><>
⚓ Moja blogowa flotylla:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz