Są obrazy, które od pierwszego spojrzenia opowiadają historię.
Na tym widzimy młodego pasterza klęczącego przed pięknie ubraną kobietą. Ona wyciąga do niego rękę, a on patrzy na nią tak, jakby właśnie wydarzyło się coś niezwykłego. W tle stoją konie, obok przyglądają się temu owce i jeszcze jedna postać. Wszystko wygląda jak scena z teatralnego przedstawienia zatrzymana w jednej chwili.
To nie jest przypadkowe spotkanie.
Piękna kobieta to Granida – księżniczka, która podczas polowania zgubiła drogę. Klęczący przed nią młodzieniec to Daifilo, zwykły pasterz. Przynosi jej wodę, pomaga odnaleźć spokój i... zakochuje się od pierwszego wejrzenia.
Brzmi trochę jak bajka?
Bo trochę nią jest.
Ich miłość nie miała prawa się wydarzyć,
Granida, córka wschodniego króla, była zaręczona z księciem Tisiphernesem, ale pewnego dnia zabłądziła podczas polowania. Natknęła się na pasterza Daifila i jego kochankę Dorileę, którzy właśnie się pokłócili. Daifilo przyniósł księżniczce wodę do picia i zakochał się w niej. Poszedł za nią na dwór i po kilku zwrotach akcji uciekli razem do lasu, aby wieść pasterskie życie. Jednak Daifilo został wzięty do niewoli przez jednego z licznych adoratorów Granidy. Sztuka miała szczęśliwe zakończenie, a para w końcu się zjednoczyła po interwencji Tisiphernesa, który zlitował się nad młodą parą i zrezygnował ze swoich praw do niej.
Nic dziwnego, że Holendrzy XVII wieku pokochali tę opowieść. Była dla nich symbolem miłości silniejszej od różnic społecznych.
Patrząc na obraz, warto zwrócić uwagę na jeden drobiazg.
Granida nie stoi dumnie i wyniośle. Delikatnie pochyla się ku pasterzowi i wyciąga rękę. To prosty gest, ale właśnie on mówi najwięcej. W tej jednej chwili księżniczka przestaje patrzeć na Daifila jak na zwykłego pasterza. Zaczyna widzieć w nim człowieka.
I chyba dlatego ten obraz, mimo że ma już kilkaset lat, nadal jest zrozumiały. Bo historia o tym, że uczucia nie znają granic, nigdy się nie starzeje.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz